Dlaczego?

Mateusz Szczeciński

W referendum dotyczącym odwołania Jerzego Kropiwnickiego wzięło udział 135 tys. łodzian, o 20 tys. więcej niż wynosiła minimalna frekwencja. Za odwołaniem ówczesnego prezydenta miasta głosowało 95% wyborców. Dlaczego?

Dlaczego mieszkańcy poczuli taką niechęć do prezydenta, który jawnie nie popełnił żadnego przestępstwa? Za którego kadencji bezrobocie spadło dwukrotnie, nastąpił wzrost gospodarczy, spadła przestępczość. Który przekształcił Lublinek w lotnisko międzynarodowe, wybudował jedną z największych hal sportowych w Polsce, dzięki której w Łodzi mogą odbywać się wydarzenia sportowe i kulturalne o randze europejskiej. W czasach jego kadencji powstała Manufaktura, swoją fabrykę otworzył Dell, Ikea wybudowała swój największy sklep w Polsce. Którego ekipa zaakceptowała i rozpoczęła realizację planów budowy Nowego Centrum Łodzi, jednego z największych projektów urbanistycznych w Polsce.

Dlatego, że łodzianie poczuli, że Jerzy Kropiwnicki ma ich w d…e.

Nie tylko z powodu słynnych podróży zagranicznych, które tez świadczyły o aspiracjach prezydenta. Moim zdaniem, z powodu zwykłych spraw, które zostały zignorowane: korków ulicznych, spóźniających się autobusów i tramwajów, czy brudnego i rozsypującego się centrum miasta. Ludzie nadal oczekują od prezydenta, aby był gospodarzem, interesował się ich problemami oraz rozwiązywał je, z gospodarską starannością doglądał majątku miasta. Przynajmniej starał się i w ten sposób budował swój wizerunek i poparcie. Tak, jak prezydent Rzeszowa Tadeusz Ferenc, który jeździ po mieście i wskazuje służbom miejskim, gdzie mają sprzątać śmieci. Jerzemu Kropiwnickiemu tego zabrakło i tym przegrał  szanse swego następcy, Włodzimierza Tomaszewskiego.

36 Comments

Łódź – miasto bez głowy

Agnieszka Kloze

Nie czuję satysfakcji z wyników łódzkiego referendum. Pomimo czterech lat, jakie poświęciłam na szydercze opisywanie Jerzego Kropiwnickiego min. w „Komentarzu” wolałabym, aby jednak tak nie kończył, kładąc głowę pod topór decyzji opinii publicznej na kilka miesięcy przed nadchodzącymi wyborami.

Naprawdę można byłoby się przemęczyć jeszcze te kilka miesięcy, jakie pozostały do wyborów samorządowych. Kropiwnicki nie zepsuł miasta w ostatnim roku. Jego destrukcyjna działalność trwa już od pierwszej kadencji i tylko dzięki sprzyjającym okolicznościom - zwłaszcza sojuszowi PiS i SLD w drugiej turze wyborów - Kropiwnicki utrzymał urząd. To powinno być dla niego światło ostrzegawcze, zwłaszcza, że inni prezydenci dużych miast w Polsce wygrywali już w pierwszej turze przy kolosalnym poparciu. Kropiwnicki musiał się jednak mierzyć z Krzysztofem Kwiatkowskim, młodym politykiem z PO, którego głównym doświadczeniem było asystowanie u Jerzego Buzka. Wygrał niewielką różnicą - trochę ponad dwudziestu tysięcy głosów.

Kolejne trzy lata, to wielkie plany, wielkie inwestycje i wielkie kłopoty. Jak już kiedyś pisałam stał się odwrotnością króla Midasa. Wszystko, czego dotknął zamieniało się nie w złoto, ale w wielkie G. Tak było z „Falą”, „Areną”, lotniskiem, „Brusem”, spółkami miejskimi itp. Zwolennicy powoływali się na amerykański rozmach jego działań. Ja sądzę, że raczej przypominało to kolejne bolszewickie pięciolatki, bez refleksji ekonomicznej połączonej wręcz z dziecinną nieodpowiedzialnością za pieniądz publiczny.

Nie czuję też satysfakcji z powodu, iż komentatorzy prawicowi przedstawiają Kropiwnickiego jako ofiarę polityki SLD i nielojalnych sojuszników z PO. Kropiwnicki stał się ofiarą swoich własnych zaniedbań, nieudolność, ograniczeń intelektualnych, bufonady i chamstwa. Łódź nie wraca na lewicowe tory, Łódź być może wróci na tory normalności. Dziś stoi na stacji, „Co dalej” i tylko mieszkańcy tego miasta zadecydują, który rozjazd wybierze.

SLD podpaliło tylko lont. Materiałem wybuchowym była frustracja mieszkańców miasta. To polityczny błąd Jarosława Kaczyńskiego - który trzy lata temu, wbrew lokalnym strukturom partii, poparł Kropiwnickiego - przyczynił się do sytuacji, w której teraz moje miasto zaczyna być stawiane na osi komuniści-antykomuniści lub platformiacy-pisowcy. Jest to z gruntu rzeczy fałszywe. Kropiwnicki zatrudnił działaczy SLD na stanowiskach, czasem bardzo wysokich. Jego polityka gospodarcza to połączenie socjalizmu z gigantomanią. Deklaracje o przejrzystym mieście, stały się równie wiarygodne, jak deklaracje Leppera.

Można się spierać czy dobrze się stało, że referendum miało miejsce teraz, na kilka miesięcy przed wyborami. Ale nie można podważyć, że Łódź wybrała swoją własną, naznaczoną problemami drogę.

I tak właściwie na koniec, to warto pamiętać, że trzy lata temu na Kropiwnickiego głosowało około 105 tys. osób. W referendum za odwołaniem go opowiedziało się ponad 120 tys. i to powinno wystarczyć za jakikolwiek komentarz.

18 Comments

Niezależny, czyli jaki?

Tomasz Skupieński

W „Forum Łódź”, sobotnim dodatku do „Dziennika Łódzkiego” poświęconemu Łodzi obywatelskiej wskazywaliśmy na pewną tendencję, którą można w skrócie nazwać - przebudzaniem się społeczeństwa. Jakby potwierdzeniem dla tych tez, jest również sobotni sondaż opublikowany w lokalnym dodatku do „Gazety Wyborczej”.

Wynika z niego, że największym poparciem mieszkańców w nadchodzących wyborach samorządowych cieszyłby się kandydat niezależny. Mógłby on liczyć na 25% poparcie. Drugie miejsce zajmuje kandydat PO - 23,5%, obecny prezydent 5,8%, kandydat PiS - 3,6%, przedstawiciel lewicy - 5,5%. Prawie tyle samo łodzian (24,9%), co na kandydata niezależnego, nie wie jeszcze, na kogo by zagłosowało.

Są to generalnie dobre wiadomości. Upolitycznienie samorządu przyjęło zastraszające rozmiary. Jednak istotą problemu nie jest to, iż w ławach Rady Miasta i na stołku prezydenta zasiadają politycy partyjni, ale że są oni bardzo często bezrefleksyjnymi wykonawcami poleceń centrali.
Jaskrawym przykładem jest tu sprawa Rad Osiedli, kiedy to radni Prawa i Sprawiedliwości wiedzieli, że głosują źle, jednak takie mieli wytyczne.

Powracając do samego sondażu, to warto pamiętać, że nie zostali w nim wskazani konkretni politycy. Nie pojawiła się czołówka nazwisk z PO: Krzysztof Kwiatkowski, Cezary Grabarczyk, Hanna Zdanowska, Włodzimierz Fisiak, PiS-u: Włodzimierz Tomaszewski, Marek Michalik, Marek Markiewicz, SLD: Krzysztof Makowski, Dariusz Joński, Jolanta Szymanek-Deresz, czy też niezależnych na przykład Jolanta Chełmińska czy Marek Cieślak.

Przy postawieniu w miejsce partii konkretnych nazwisk, sondaż mógłby mieć zupełnie inny wydźwięk. Jednak pomimo tego, wydaje się, że oczekiwanie łodzian na niezależnego kandydata jest faktem, przy czym warto pamiętać, że nie jest ono bezwarunkowe. Jak do tej pory we wszystkich wyborach niepartyjni (celowo używam tego słowa, gdyż kandydatów niepolitycznych nie ma) raczej przepadali z kretesem.

Dlatego też sądzę, że kryteria wyboru takiego kandydata będą przez łodzian bardzo wyśrubowane, jednakże warto wykorzystać tę szansę. Partie, działając rozsądnie, pod takiego kandydata się dopasują i udzielą mu poparcia, gdy zdadzą sobie sprawę, że mogą przegrać. Casus Dutkiewicza we Wrocławiu czy Szczurka w Gdyni jest tego dobitnym przykładem.
Powstaje, więc pytanie, jakie cechy powinien mieć najlepszy kandydat niezależny? Zapraszam do dyskusji.

7 Comments

Istota rozwoju

Mateusz Szczeciński

Toczy się awantura o Centrum Festiwalowo-Kongresowe. W tym samym czasie Łódź została zasypana śniegiem. Nic w tym dziwnego, jest zima. Fakt, śniegu spadło więcej niż zwykle. Pytanie, dlaczego 24 godziny po takim opadzie na ulicach miasta nadal znajdowało się kilkanaście centymetrów pośniegowego błota? Nie na jakiejś małej uliczce osiedlowej, ale  np. na Rzgowskiej, czy Politechniki. Czyżby odpowiednie służby miejskie nie pracowały w weekend? Te dwa fakty zestawiłem celowo, po to, żeby zapytać się, czym jest rozwój miasta i jaka jest rola samorządu.

Centrum Festiwalowo-Kongresowe ma odmienić wizerunek Łodzi i sprzyjać jej rozwojowi. To prawda, będziemy dzięki niemu znani w Polsce i za granicą. Jeśli dobrze pójdzie, być może w Centrum będą odbywać się wielkie imprezy przyciągające tysiące widzów i turystów. Budowla zaprojektowana przez wielkiego architekta będzie zdobiła miasto przez najbliższe dziesięciolecia. Ale w jaki sposób ta inwestycja podniesie jakość życia Łodzian tu i teraz? W niewielkim.

To jest istota rozwoju - podniesienie jakości życia ludzi mieszkających w danym mieście - bezpieczeństwa, punktualności i jakości komunikacji publicznej, stanu dróg, szkół, przedszkoli i budynków mieszkalnych, sprawności administracji, itd. Po, to ludzi płacą podatki żeby mogli korzystać wysokiej klasy usług. Wielkie inwestycje podnoszące prestiż miasta powinny powstawać, ale jeśli nie są zaniedbywane drobne, prozaiczne sprawy wpływające na codzienne życie wszystkich mieszkańców. Jeśli w danym mieście będzie się żyło dobrze, to ludzie przestaną wyjeżdżać, a być może nowi mieszkańcy przybędą.

Czemu Łódź nie może budować swojego wizerunku jako „miasta do życia”, w którym codzienne problemy są sprawnie rozwiązywane? Jako najsprawniej zarządzanego miasta w Polsce? Jako pierwszego miasta, w którym „zima nie zaskoczyła drogowców?”.

To jest kwestia priorytetów. Wtedy nie wydaje się setek milionów na lotnisko, Aquapark, poligon na Brusie. Monumentalne inwestycje buduje się mniej monumentalnie. Zaoszczędzone środki wydaje się na dobre zarządzanie usługami miejskimi, podpisuje umowy z dobrymi wykonawcami, zapewniającymi wysoką jakość po przystępnej cenie. I tą jakość później się egzekwuje. Mobilizuje się także mieszkańców do dbania o dobro wspólne.

Ale przy odśnieżonej ulicy politycy nie będą mogli się fotografować, tak jak przy nowej hali sportowej w objęciach Andrzeja Gołoty.

3 Comments

Camera Kasjera, czyli o projekcie wartym 50 milionów złotych

pfd

Awantura wokół pieniędzy dla Centrum Festiwalowego Camerimage zrobiła się gorąca. Studenci, znani ze swego finansowego rozsądku i rynkowej logiki, rozbili nawet śpiworowe miasteczko wewnątrz Rady Miejskiej. Ciekawe, czy pan Żydowicz pozwoli im rozbijać podobne jak już budynek o projekcie wartym 50 milionów złotych polskich powstanie, na jego terenie? Na przykład wtedy, gdy jego polityka zarządzania tą instytucją nie będzie się jakimś przyszłym żakom podobać? W końcu w sali konferencyjnej na 2000 osób miejsca wystarczy.
W każdym bądź razie ja, oglądając kolejny już pouczający materiał tvn-u z Łodzi, doznałem olśnienia. Skoro ten budynek o projekcie wartym 50 milionów złotych (ach jak lekko i przyjemnie wydaje się publiczne pieniądze, któż by tak nie chciał?) ma być motorem napędowym gospodarczego rozwoju Łodzi, to zbudujmy dwa takie budynki! Będziemy mieli dwa motory i dwa razy więcej potencjału gospodarczego. W dodatku proponuje, aby pokrzykujący na (wyjątkowo rozsądnych jak na przeciętne standardy) radnych obecny doradca prezydenta Kropiwnickiego pan Marek Żydowicz…został nowym prezydentem Łodzi! Skoro Camerimage jest tak kluczowym przedsięwzięciem dla naszego miasta, a pan Żydowicz jest prezesem fundacji festiwal ten organizującej, to logicznie nic innego wyniknąć z tych przesłanek nie może. W dodatku, jeśli miasto gotowe jest lekką ręką wydać 250 milionów złotych na budynek, który ma służyć festiwalowi, który nie wiadomo czy za trzy lata będzie odbywał się w Łodzi (vide: sprawa Torunia), ba, nie wiadomo czy w ogóle będzie istniał (może David Lynch zakocha się w innym miejscu na świecie, to tylko funkcja prezydenta Łodzi może spowodować, że pan Żydowicz nie będzie rokrocznie groził, iż festiwal z Łodzi zabierze.
Na szklanym ekranie jakiś pan z państwowego Instytutu dowodził, że kultura rozwija gospodarkę. Zapewne, gospodarkę łowiecko - myśliwską. Poluje się mianowicie na podatników. Proszę mnie zrozumieć, popieram gdy miasto finansuje np. filharmonie, bo jest to kultura przez duże ‘K’ i za stosunkowo niewielkie pieniądze. Gdy jednak ma powstać budynek o projekcie wartym 50 milionów złotych na użytek kilkudniowego festiwalu, a potem to właściwie nikt dobrze nie wie, jak będzie wykorzystany i jak dużo będzie kosztowała miasto jego roczna subwencja to, przepraszam, pukam się w czoło. Zresztą, jeśli ktoś ma odpowiednie argumenty, to niech mnie przekona. Tylko bez dyrdymałów o prestiżu, sławie, jawie czy śnie. Najpierw trzeba mieć drogi, lotniska, hotele, szpitale, uniwersytety z prawdziwego zdarzenia, a później można dekadencko bawić się w stawianie budynków o projekcie wartym 50 milionów złotych.
Podobno na posiedzeniu miejskiej komisji kultury jeden z radnych zaproponował, żeby do spółki zajmującej się tym projektem weszła (z choćby niedużym wkładem) światowa elita filmowców zjeżdżająca co rok do Łodzi, która teraz głośno wyraża oburzenie na opieszałość naszych radnych. Pan prezydent Tomaszewski orzekł, że to wykluczone, zainteresowania brak. To może biwakujący w Radzie Miejskiej studenci? Hmm?
Rzucając się na żer internautów, powiem jeszcze tylko jedno: nie bierzmy przykładu z mojego błazeńskiego pisania i zachowajmy choć trochę rozsądku w naszej debadzie publicznej.

51 Comments

Głupota świętego Mikołaja

Maciej Samolej

Idą święta! Jak wiadomo,  okres Bożego Narodzenia zaczyna się około 13 listopada - wtedy ustawiana ogromna choinka pod Galerią Łódzką oraz rozwiesza się lampiony na drzewach przy wejściu.

Wystawy w sklepach stają się świąteczne, powoli ruszają świąteczne obniżki cen. Pojawia się „masa” aniołków z koszami pełnymi folderów o telefonach komórkowych, elfów ( te zabawne stworzenia mają swój rewir w „Manufakturze”. Chodzą tam roznosząc kartki świąteczne oraz „reklamówki” z „IKEI”). Na samym końcu rusza do boju korpus ogrodowych krasna…znaczy ten no świętych Mikołajów. Pełno pracy.
Ja nie jestem świętym Mikołajem. Ja nie daje pieniędzy na tacę w kościele, nie wspomagam żadnego domu sierot zabawkami, nie naprawiam dachu w Sanktuarium Jasnogórskim, nie jeżdżę papamobilem… Ale w tym roku jednak postanowiłem zostać świętym Mikołajem. A ponieważ nie lubię brody z waty i nie mam czerwonego krawata - oops! Pardon! Czerwonej peleryny na odwiedzanie przedszkoli się nie nadaję. Założyłem więc zwykły sweter i sprzedawałem świece Caritas w Galerii Łódzkiej. Taką akcję robiło nasze DA-5.
Pięknie jest dawać. Ale ja musiałem sprzedawać. W końcu cel był szczytny - kolonie dla najuboższych dzieci z okolic Wólczańskiej, Milionowej etc. Miejsce miałem dobre, bo w samym centrum Galerii, na pierwszym piętrze, koło „Kruka”, każdy zobaczy. Musi się udać sprzedaż. Ja miałem dyżur od 18.00 do 21.00 - można powiedzieć najlepsze godziny w każdym centrum handlowym w Polsce, bo tłum wtedy potężny. I to jeszcze w piątek - czad! No i sprzedawałem.
Mała świeca kosztowała 5 zł - równowartość hamburgera i coli w McDonald’s , duża świeca kosztowała 12 zł - czyli tyle co najdroższa „chińszczyzna” z budki, sianko na wigilijny stół - co łaska. Kiedy zliczałem moje saldo końcowe wyszło mi 119 zł: 10 małych świec, jedna duża i trzy sianka…11 osób podeszło do małego, głupiego świętego Mikołaja, który nie miał brody z waty. Zastanawiałem się czemu tylko tyle udało mi się „zamikołaić”. Czemu tylko 11 osób do mnie podeszło. Więc zacząłem wnioskowanie.
Po pierwsze - piętro niżej był „prawdziwy” święty Mikołaj - w czarnych butach, w czerwonej czapie, z brodą, w okularach, z saniami, z „prawdziwym” papierowym śniegiem, z reniferem z „IKEI”, z wilkiem, który się plątał między saniami (i też był z „IKEI”). Mikołaj nie rozdawał prezentów. Ale można było sobie zrobić zdjęcie z „prawdziwym” świętym Mikołajem! Jedyne 6 zł. Czyli „złotówkę” drożej od mojej małej świecy…Ale to piętro niżej był tłum. U mnie było 11 osób przez 3 godziny…
Po drugie - ludzie nie mają czasu. Jak się jest w Galerii Łódzkiej to trzeba wejść do „Kruka”, obejrzeć złote „Omegi” za 12.000 zł albo tańszego „Atlantica” za 9300 zł. Może będzie „świąteczna” obniżka cen i każdy zegarek będzie za jedyne 5000zł? Okazja! Można a nawet trzeba wejść o „Peek and Clopeenburg” - gdzie mają wszystkie znane marki europejskich ubrań. Tam też są „świąteczne” przeceny. Można wreszcie wejść do „L’occitane en Prowence” by kupić „świąteczny” zapach do mieszkania - jedynie 139 zł. Świąteczny czyli: palmy, kokosy, catering, plaża. Nie żadne tam pierogi, zupa grzybowa, przypieczone makowce.
Podziwiam moich przyjaciół z „DA-5″. Oni za rok na pewno będą znowu stali ze świecami Caritas w Galerii Łódzkiej. Znowu zobaczą, jak tłum będzie „walić” do „Kruka” czy innego „Pierra Cardina” po bajeczne prezenty a „księżowskie świeczki” kupi zaledwie garstka. Oczywiście szopka pod katedrą znowu będzie stała. W tym roku też jest i ma motyw Łodzi. Klasyczny katolicki topos. Będzie osiołek, króliki, kozy, barany, owieczki. Może nawet wielbłąd będzie! A z prawej strony w rogu szopki będzie czekać „Święta rodzina”. Ale obawiam się, że „tylko kukiełki” - które nie mówią i nie ruszają się, nie „dadzą rady” beczącym baranom oraz plującemu i wciąż rozdrażnionemu przez dzieciarnię wielbłądowi. Ale ja się nie znam. Ja przecież nie mam czerwonej peleryny ani brody z waty. Ja jestem tylko głupim św. Mikołajem…

6 Comments

Świąteczno-polityczna zawierucha, czyli znów o piłce nożnej

Krzysztof Domaradzki

Święta zbliżają się wielkimi krokami. Zwykle atmosfera, związana z Bożym Narodzeniem, udziela się przede wszystkim dzieciom. W tym roku jest jednak inaczej. Świąteczny klimat najbardziej oczarował łódzkich polityków.
W rolę Świętego Mikołaja próbuje wcielić się wiceprezydent miasta, Włodzimierz Tomaszewski. W porozumieniu z pomysłowym reniferem - Witoldem Skrzydlewskim - postanowił sprawić prezent drużynie ŁKS-u. Tomaszewski ogłosił, iż miasto chce powołać nową spółkę, która przejmie drużynę, zmagającą się z problemami finansowymi. Kapitał spółki wyniesie milion złotych, a pieniądze mają pochodzić z kasy miejskiej. Dobry Mikołaj myśli o wszystkich łodzianach, dlatego na projekcie nikt nie straci. Publiczne pieniądze zwróci tajemniczy inwestor, który przejmie spółkę od miasta. Kim jest ów przedsiębiorca? Istnieje wiele plotek i teorii spiskowych. Jedna z nich głosi, że jest nim Antoni Ptak, czyli człowiek budzący skrajne uczucia wśród kibiców drużyny z al. Unii.
Święty Mikołaj ma łeb na karku. Gdy kibice Widzewa zaprotestowali przeciwko wydawaniu publicznych pieniędzy na ŁKS, Tomaszewski uznał, że oni także zasługują na prezent. Dlatego Widzewowi również zamierza wręczyć milion złotych. O ile w przypadku ŁKS-u, pieniądze ma zwrócić tajemniczy inwestor, o tyle sytuacja Widzewa jest absurdalna - całą należność powinien oddać obecny właściciel Widzewa - Sylwester Cacek. Transakcja zaproponowana przez Tomaszewskiego polega na tym, że Widzew otrzyma pieniądze, z którymi nie będzie mógł nic zrobić, a następnie po roku zwróci je miastu. Podręcznikowy przykład, jak zamienić klub piłkarski w przechowalnię.
Skąd biorą się takie pomysły? Być może Tomaszewski próbuje wzorować się na działaniach prezydenta Wrocławia, Rafała Dutkiewicza, który uratował miejscową drużynę. Śląsk Wrocław przeżywał trudne chwile, gdy miasto stało się jego właścicielem. Dzięki temu rozpoczęto budowę Stadionu Miejskiego, klub awansował do Ekstraklasy, a właścicielem spółki został Zygmunt Solorz-Żak - jeden z najbogatszych ludzi w Polsce. Kibice zaś z utęsknieniem czekają na mecze Mistrzostw Europy w 2012 roku.
Dla polityków świąteczny klimat jest niczym, w porównaniu z atmosferą wyborczą. Tomaszewski, kreowany na przyszłego prezydenta Łodzi, robi wszystko, aby zaskarbić sobie sympatię przyszłego elektoratu. Jednak, żeby jego pomysł wszedł w życie, potrzebna jest zgoda Rady Miejskiej. A ta zachowała resztki człowieczeństwa. Radni drogą głosowania uznali, że nie będą rozpatrywać problemów łódzkich klubów. Na razie zwycięża lenistwo i tradycyjna polska opieszałość. Zabrakło jedynie świątecznej życzliwości.

3 Comments

Odwagi, nie lamentu

pfd

W artykule „Słabym szkołom magistrat szykuje wstrząs. Jaki?” dziennikarz łódzkiej wyborczej ubolewa, że łódzcy urzędnicy nie są w posiadaniu żadnego pozytywnego programu, który pomógłby tym spośród łódzkich gimnazjów, które marnują potencjał swoich uczniów. „A jest tych szkół prawie trzydzieści” - konstatuje.
Trzeba powiedzieć, że o trzydzieści za dużo. Oczywiście zawsze będą istniały szkoły gorsze i lepsze, trudno wyobrazić sobie system edukacyjny, który wykluczyłby gradacje szkół wg ich jakości. Problem w tym, że obecny system taki stan rzeczy nie tylko akceptuje, ale też nic z nim zrobić nie może. Obecny system tylko w części ma za zadanie jak najlepiej kształcić młodzież. W równie dużym, bądź nawet większym stopniu jego celem jest trwanie dla trwania. Nie ma większego znaczenia, jakie szkoła osiąga wyniki, skoro jest to ma być, bo nauczyciele muszą mieć pracę, a uczniów obowiązująca przecież rejonizacja (która oczywiście w dużym stopniu jest fikcją, bo jak każdy biurokratyczny wymysł, da się obejść).
Nie mam wiedzy pedagogicznej, żeby wskazać, jakie metody nauczyciele powinni stosować i jaki program nauczania wybrać, żeby poprawić wyniki swoich uczniów(zresztą w systemie centralnego planowania edukacyjnego ruchy w tym zakresie są ograniczone). Wiem natomiast, jaki system zarządzania edukacją powoduje, że nauczyciele czują się w szkole pracownikami odpowiedzialnymi za swoją organizację, a dyrektorzy menadżerami - proszę się nie oburzać na taką terminologię, szkoła to wszak organizacja, która ma na celu uzyskać jak najlepszy wynik, czyli najefektywniejszą edukację młodzieży, przy danych nakładach, czyli naszych podatkach. Ten system to bon edukacyjny.
Bon edukacyjny to po prostu ekwiwalent subwencji budżetowej, która zamiast płynąć drogą: podatki - skarbówka - ministerstwo - lokalny wydział edukacji, skraca ją do poziomu rodzic - szkoła. Tym samym do szkoły trafia więcej pieniędzy (w postaci papieru wartościowego możliwego do zrealizowania tylko w szkole). Drugą zasadniczą zaletą tego doskonałego, a jednocześnie prostego rozwiązania jest to, że rodzic staje przed wolnym wyborem, którą szkołę wybrać. Dyrektorzy zatem muszą walczyć o uczniów, bo za uczniem idą szybko i bezpośrednio pieniądze. Przedstawiają najlepszą ofertę infrastrukturalno - edukacyjną. Dobre szkoły bronią się same, słabsze muszą się bardziej starać.

Mówiąc krótko: jest konkurencja, jest motywacja.

Bon edukacyjny to nie jest popularne rozwiązanie - dlaczego tak jest pozostawiam do indywidualnego namysłu i oceny. Jednakże gdziekolwiek rozwiązania takie zastosowano, okazały się skuteczne. W przyszłym roku czekają nas wybory prezydenta miasta. Oby choć jeden kandydat okazał się na tyle odważny, by takie rozwiązanie zaproponować.

1 Comment

Łódź bing-bang

Maciej Samolej

Kiedy przyjechałem do was od razu rzuciło mi się w oczy, że za nisko siebie i swoje miasto oceniacie - mówił John Norquist spotkaniu z fundacją „Projekt Łódź”. Przecież Łódź jest ładniejsza od Baltimore, od Saint Louis, do Pittsburga nawet od mojego Millwaukee. Istniejecie w kulturze europejskiej, rozwijacie się prężnie. Jest co prawda parę rzeczy do naprawienia, ale ogólnie wy jesteście w natarciu! Łódź bing - bang!
Polacy mają jakąś dziwną manię do Winkelrydyzmu. Pokoleniami staramy sobie wbijać w ciało kolejne włócznie, żeby ulżyć innym narodom. Nigdy sobie. Inni ważniejsi. Mamy do siebie ciągłe pretensje: że, mało zarabiamy, że mieszkamy w syfie, że polityka to cyrk, służba zdrowia to śmiech, prawo to bezprawie. Narzekamy na brak stadionów, dróg. Na wszystko. Wmawiamy sobie przeciętność. Nawet obcokrajowcy, którzy do nas przyjeżdżają i otwierają nam oczy na naszą głupią manię, nawet im nie wierzymy - węsząc międzynarodowy spisek.
Tak się i ja czułem, gdy w sobotę 05.12.2009 byłem na spotkaniu z Johnem Norquistem, zorganizowanym prze fundację „Projekt Łódź”. John, wieloletni burmistrz Milwaukee Łodzią może nie był mocno zachwycony, ale nie był też i przerażony - tak jak chociażby ja. Żyję w tym mieście 20 lat i widzę tylko syf. Syf w rozpadających się chodnikach, syf w niszczejących kamienicach. Syf w przeciągających się miejskich korkach.
U nas ścierają się dwie nacje: Meksykanie i Czarni. Toczą wojny, wspierają każdy siebie. Meksykanie nie uczą się angielskiego. Ludzie wyjeżdżają z miasta na wieś. Miasto się wyludnia. Przestępczość? Zacznijcie łapać drobnych złodziejaszków, drobnych dealerów, drobnych łotrzyków. Tak zrobił Giulliani w Nowym Jorku. Wielkie sprawy zostawcie mediom. Wy tropcie te małe
Łódzkiej policji na pewno łatwiej złapać złodziejaszka z „Górniaka” niż szefa „Ośmiornicy”. A o ile bezpieczniej by się zrobiło, gdyby tak wyłapać wszystkich złodziejaszków z rynku na „Górniaku”? „Wyłapcie najpierw tych mniejszych”.
Norquist nie mówił tak dlatego, że przeczytał jakiś poradnik o pozytywnym myśleniu. Po prostu realnie ocenił sytuację. Ja jednak mu nie wierzyłem. Myślałem : „On nie rozumie tego naszego „polskiego piekiełka”: układów, układzików”. Jednak, czy to nie my sami stworzyliśmy te układy i układziki i teraz co: mamy pretensje do świata, że nam nie chce w tym pomóc? Na szczęście obecni na sali ludzie myśleli zupełnie inaczej.
Problemem były u nas ciągłe pożary, ginęli ludzie. Rozmawiałem z jednym facetem. Powiedział mi, że problemu nie załatwią nowe wozy bojowe, nowe stroje, ani wyższe pensje dla strażaków. Póki nie uświadomimy ludzi nic nie da nasze gaszenie. Strażacy zaczęli więc akcję wizyt w domach, w czasie których przestrzegali dzieci przed zabawą z ogniem, sprawdzali detektory dymu. Zaczęli zwalczać przyczyny pożarów, a nie ich skutki. I jaki był efekt? Ludzie zaczęli zwracać uwagę na to czy wywietrzniki przeciwpożarowe przy kominach na dachu nie są zapchane, czy rury w kominkach są drożne, czy dzieci nie bawią się przy włączonym piekarniku, czy w popielniczkach nie ma niedopałków, czy nie czują smrodu tlącej się instalacji elektrycznej, czy w domu jest normalny przepływ powietrza. Skutek? Liczba pożarów spadła gwałtownie. Mało tego, było więcej pieniędzy na gaszenie prawdziwych pożarów typu: fabryka, rafineria, wieżowiec. Były pieniądze na sprzęt. Sama akcja uświadomienia ludzi była tańsza, niż zakup nowych pojazdów.

Być może komuś się to wydać się naiwne. Możemy po polsku nie uwierzyć. Możemy też szukać jakiegoś podstępu: za bardzo nas „jankes” chwali, ma jakiś cel…A możemy też cierpliwie wysłuchać, zdobyć się na refleksje i spróbować działać podobnie i u nas.

3 Comments

Poszanowanie dla demokracji po łódzku

Tomasz Skupieński

Dziś w internetowym wydaniu Gazety Wyborczej ukazał się artykuł o tym, jak władze miejskie budują łodzianom nowe centrum miasta. Nie jestem specem od urbanistyki i architektury, nie będę się wypowiadał na temat projektów przedstawianych przez magistrat. Zastanawiam się tylko komu tak naprawdę nowe centrum miasta ma służyć? Bo jeśli mieszkańcom, to na pewno nie powinno się realizować tego projektu w sposób jaki wybrał UMŁ.

Wczoraj i w środę przedstawiciele EC-1 Łódź Miasto Kultury przedstawiali zainteresowanym projekty dotyczące nowego centrum, nazywając to konsultacjami społecznymi. Wobec innych przejawów lekceważenia mieszkańców takich jak sytuacja Rad Osiedli (http://www.projektlodz.pl/tak_dla_demokracji_lokalnej ) czy wymóg zebrania zaporowej liczby 6000 podpisów pod obywatelskim projektem uchwały (www.lodzianiedecyduja.pl) wydaje się to drobiazg. Sprawa nie jest jednak banalna. Mieszkańcy terenów Nowego Centrum nie mogą nigdzie uzyskać informacji czy ich kamienica zostanie wyburzona czy nie. W Wydziale Budynków i Lokali UMŁ mówią, że tak, w Wydziale Geodezji, że nie.

UMŁ powinien spotkać się z mieszkańcami i projekt ten z nimi realnie skonsultować, nie na zasadzie wczorajszych spotkań (prezentacja+ankieta) ale rozmowy z udzielaniem odpowiedzi na pytania obywateli, w końcu mają prawo wiedzieć, czy będą mieli gdzie mieszkać. Gdy władza tak traktuje ludzi trudno dziwić się zniechęceniu obywateli do udziału w wyborach czy pracy w radach osiedli.

Ideą samorządu jest przecież decentralizacja i nigdzie nie jest napisane że ma ona zakończyć się na Radzie Miejskiej. Władza powinna schodzić jak najniżej, do Rad Osiedli, bo to mieszkańcy wiedzą najlepiej czy potrzebny im jest park, parking czy plac zabaw. Więcej na ten temat znajdą Państwo w dodatku Forum Łódź do Dziennika Łódzkiego, który ukaże się w najbliższą sobotę.

13 Comments
« Older Posts